Blog dentystki. Ale to chyba widać.

Wpisy z tagiem: staż

sobota, 08 października 2011
Melduję posłusznie

... iż w czwartek wpadłam do Gdańska, zostawiłam papiery w Izbie Lekarskiej i w przyszłym tygodniu mam się dowiadywać o losy swojego PWZ.

Tadam, tadam, "pani doktor".

Nie mam jeszcze umowy o pracę. Szefostwo przebąkuje coś o założeniu przeze mnie działalności gospodarczej. Co w gruncie rzeczy pomogłoby mi zutylizować na-razie-wolne piątki i ogólnie dużą ilość wolnego czasu.

Da się wytrzymać 9 godzin przy fotelu, o ile pracuje się bez świadomości tłumu pacjentów bólowych w poczekalni. No i ma się jakąś godzinę przerwy w środku.

Kupiłam sobie karnet na basen, wczoraj doskonaliłam pływanie bez "wspomagaczy" i całkiem nieźle mi szło. Na plecach to już w ogóle. Odkryłam, że nie trzeba leżeć na wodzie z rękami na boki, żeby dalej się unosić. ;) Ogólnie koordynacja ręce-nogi wychodzi mi coraz lepiej, ale wszystko powolutku. Wprawdzie zapału do ćwiczenia na siłowni starczyło mi na trzy dni, to jednak pływanie i postępy w nim dają mi tyle satysfakcji, że szybko z tego nie zrezygnuję :)

A tak poza tym jestem *braindead*.

piątek, 30 września 2011
I po stażu

Licznik po lewej stronie bloga był ustawiony do 13, więc jeszcze chwilka, ale zdążyłam wrócić już do domu po dość owocnej pracy, choć z chwilą stresu - matula usiadła na fotelu i przypadek był niespecjalnie zachęcający.

Imprezowania nie było. Może przywiozę jakieś ciasto w poniedziałek. Nowej umowy nie mam jeszcze podpisanej, ale pacjenci są zapisani, więc może w przyszłym tygodniu wszystko się wyjaśni.

Będzie inaczej?

Nie. Tylko za dwa tygodnie będę miała prawo wypisywać własne recepty, a nie brać druczki od szefa.

Trzęsienia ziemi i urlopu bezpłatnego niet.

Niniejszym zakończyłam "akademicki" etap szkolenia zawodowego.

Tagi: staż
12:53, thekfile , Praca
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 września 2011
Łojezusickuniewyrobięsię

Aaaa!

W sumie chociaż tydzień wolnego między końcem stażu a uzyskaniem Bardzo Ważnego Papieru by mi się zdecydowanie przydał. Nadal się boję, że zbiednieję, w poradniku o samozatrudnieniu, jakiś tydzień temu dołączonego do Dziennika Gazety Prawnej podają za dużo informacji, a ja się nie wyrobię z badaniami lekarskimi, wysępieniem zdjęć z salonu fotograficznego w Gdańsku Oliwie i dostarczeniem wszystkich papierów do Izby Lekarskiej, aaaa!!!

Najpóźniej muszę to zrobić do 6 października, jeśli PWZ chcę dostać szybko. Tyle, że badanie lekarskie będę miała najwcześniej 4 października po południu, 5 pracuję cały dzień i nic na to nie poradzę, zaś w czwartek mam początek pracy o 12, a Izba Lekarska jest otwarta od 11 i znajduje się jakieś 2 godziny drogi od mojej pracy.

Chyba sobie skrócę jedną zmianę w pierwszy czwartek października... Jeśli się uda... Fajnie tak, czwartego dnia od podjęcia pracy na nowej umowie...

Niech mnie ktoś psytuli... Bo wcorajse dłuuugie psytulanie zostawiło mnie na lekkim głodzie... ;)

Tagi: staż
20:38, thekfile , Praca
Link Komentarze (5) »
piątek, 09 września 2011
Ucki mejl

Łódź jest brzydka. Widok z okna pokoju mam paskudny. Po drodze w różne miejsca na nóżkach i tramwajem lepiej nie było.

Z egzamu wyszłam z podejrzanie pozytywnymi odczuciami. Pytania były trochę mniej wredne od tych na egzamie w lutym, tylko kto wyszedł z założenia, że na stażu poznaje się nowe techniki w protetyce? Ogólnie dobrze, że wyniki mają być do niedzieli. Będę pewnie sprawdzać stronę CEM podczas jazdy pociągiem.

Wypad na Falę kompletnie się nie udał. Nie doczytałam na stronie, że mają przerwę techniczną :(. Po przeczytaniu stosownej informacji na głównych drzwiach wsiadłam sobie do tramwaju i pojechałam do Manufaktury, gdzie próbowałam się trochę pocieszyć, ale nie do końca mi to wyszło. Drugi kurs miał mnie doprowadzić w bardziej turystyczne rejony, czyli na Piotrkowską, ale i tam nie udało mi się znaleźć tego, co szukałam. W stanie wkurwa wsiadłam do tramwaju jadącego w stronę przeciwną i ostatecznie zlądowałam w swoim pokoju z pięknym widokiem. Na imprezę, na którą umawiali się moi koledzy z roku już nie chciało mi się iść: zrobiłam dość dużo kilometrów i stwierdziłam, że mam dość.

Swoją drogą, możliwość wysłania bez oporów do kogoś smsa z wyrazem frustracji i świadomość, że w odpowiedzi otrzyma się coś więcej i bardziej satysfakcjonującego od "trudno", bardzo typowego dla mojej mamy, jest czynnikiem bardzo podnoszącym na duchu. :-*

Pozdrawiam z komórki. W pokoju mam darmowe wifi ;). I do przeczytania... w dość bliskiej przyszłości, zapewne.

PS.: W knajpie, z którą mój hostel ma umowę na wydawanie śniadań (w cenie pokoju), dają BEZNADZIEJNĄ jajecznicę. Jutro wypróbuję tosty.
PPS.: Następnym razem do ściągnięcia mnie do Łodzi będą potrzebne naprawdę SOLIDNE argumenty.

Dobranoc. I mam nadzieję, że ew. czytający mnie łodzianie nie wynajmą jakiegoś płatnego zabójcy. Nie polubiłam Łodzi i już.

poniedziałek, 05 września 2011
Uć, uć...

Bilet na pociąg kupiony. Jutro dzwonię do hostelu i potwierdzam rezerwację pokoju na dwa dni. Na miejscu będę w czwartek przed 20. LDEP w piątek od 11. Na potem miałam wstępne plany, ale plany się rypły, więc wymyślę coś innego, co zawiera w sobie m.in. wykorzystanie dziś kupionego stroju kąpielowego. Powrót do domu w sobotę wieczorem.

Bo do Łodzi to mnie ogólnie nie ciągnie, ale skoro CEM zesłał tam wszystkich LDEPowiczów, to trudno...

Mózg mi się właśnie wyłączył. Herbatka i dziobię dalej dziecięcą i ortodoncję...

piątek, 02 września 2011
Za tydzień LDEP.

Że tak powiem...

IIIIIK!

Ale jak się ma poniższą skalę zadowolenia, to nic dziwnego, że nie ma motywacji:

0-69,9% - wzruszam ramionami.
70-100% - umieram z zawodowego szczęścia.

Wczoraj przelałam Lucasowi ostatnią ratę za kompa. I zostało mi jeszcze 16% autka do spłacenia.

Autka, którego syrena od alarmu chyba cierpi na jakieś zwarcie i wczoraj całą drogę do pracy mi malowniczo wyła (samochód jechał normalnie). I to nie był taki jednostajny sygnał, tylko raz ciszej, raz głośniej, na chwilę zamilkło, po czym znowu w głos. Przekręt specjalnym kluczykiem i milczy jak grób.

Dobrze, że na naszej działce moje autko w nocy stoi za sprawnie wyjącym w prawidłowych sytuacjach autkiem Rodziciela. Nawet wynieść by się ten mój samochód niespecjalnie dało. ;)

piątek, 05 sierpnia 2011
Się działo...

... ale tylko dziś i na sam koniec ;)

Ogólnie groziłam gdańskim, potencjalnym pacjentom przez trzy dni: w poniedziałek, środę i dziś. W pierwsze dwa dni zaliczyłam po trzy wezwania, przy czym były to głównie zasłabnięcia, ataki nerwicy czy transport do szpitala. Dziś, jako grande finale, działo się znacznie więcej.

Jeździłam w zespole P, czyli na pokładzie dwóch ratowników medycznych, bez lekarza (lekarze jeżdżą w karetkach typu S).

No więc dzisiaj były cztery wezwania. Raz telepaliśmy się (na sygnale, JUPI! ;) ) do domu opieki, w którym zastaliśmy pana w ciężkim stanie, bez kontaktu, za to z prawdopodobnym zapaleniem płuc. Strach ruszać z łóżka. Telefon do rodziny, dużo pytań z jej strony o możliwość podania tlenu. "Tlen to swoją drogą, to nic nie da, czy państwo zdają sobie sprawę, w jakim stanie jest ojciec?". Wzywamy karetkę S. Lekarz stwierdza, że nie ma co wieźć, tylko leczyć na miejscu, skoro można. Jedziemy do centrali, bez pacjenta.

Z centrali wysyłają nas na przejęcie dziecka po wypadku. Dziecię przywiezione śmigłowcem, przytomne, tylko obolałe, bo podczas wypadku samochodowego zawisło na pasach. Po wylądowaniu śmigłowca na poletku trawy jakiś pan się zatrzymał i zaczął robić nam zdjęcia - na cholerę mu one były, nie mam pojęcia. Zabronić mu nie można. Olaliśmy gościa, przewieźliśmy dziecię do szpitala, powrót do bazy.

Potem była nerwica, pani nie zgodziła się na przewiezienie do szpitala, podstawiliśmy ją pod dom.

No i na końcu...

"Duszność, sinica, chyba umiera" - usłyszał jeden z panów z zespołu od dyspozytorki. Śmigamy na sygnale. Pacjent w dość podeszłym wieku leży na łóżku. W historii zawał i rozległa miażdżyca. Ściągnęliśmy go na podłogę, jeden z ratowników zaczyna pośredni masaż serca ("uciski"), drugi dzwoni po zespół S.

Starałam się trzymać z boku, w miarę szybko podawać leki i sprzęt, o który mnie proszono, przez chwilę sama robiłam uciski i zostałam pochwalona. Sześć osób (nie licząc mnie) działało jak zgrana maszyna. Przy okazji mogliśmy obserwować odczyty na monitorze defibrylatora. Najpierw była asystolia (bardzo filmowa płaska linia, której się NIE defibryluje*), po masażu i podaniu adrenaliny przekształciła się w migotanie komór. "Strzał", dalszy masaż... Przez chwilę było tętno i całkiem akceptowalne ciśnienie, ale serce znowu zwolniło.

Reanimacja trwała ogólnie 40 minut, zgodnie ze wskazaniami monitora defibrylatora. Pacjent znalazł się w karetce S podłączony do respiratora, z wyczuwalnym tętnem, ruszył do szpitala.

W OGÓLE się tych 40 minut nie zauważyło. Było bardzo intensywnie, dodać do tego problemy z intubacją i moi opiekunowie przez chwilę musieli dochodzić do siebie.

Rodzina została poinformowana, że stan wymagający reanimacji jest bardzo ciężki. Serce bije, ale przez 5 minut od wezwania do naszego przybycia na miejsce nikt nie prowadził masażu serca...

A ja byłam pod wielkim wrażeniem, że się udało. Nasłuchałam się o beznadziejności asystolii i niewielkiej szansy na przeżycie. Owszem, nie wiem, co się dalej z tym pacjentem działo. Ale serce po tych czterdziestu minutach jednak ruszyło...

To był mój ostatni wyjazd. Pomogłam panom ogarnąć trochę sprzęt, dostałam odpowiednią pieczątkę w odpowiednim miejscu i pojechałam do centrali oddać mundurek (śmigałam w gustownym, czerwonym wdzianku) i książeczkę stażową, coby mi ją podbili.

Już w pociągu do domu okazało się, że zostawiłam w stacji pogotowia swój termos...

Od poniedziałku wracam do swojego dłubania w zębach. Miałam po drodze chwilowy występ w drukarni i stwierdziłam po wszystkim, że z trzech zawodów - dentysta, introligator i ratownik medyczny - ten pierwszy najbardziej mi odpowiada.

* defibrylacja polega na, jak to rzekł wykładowca na teoretycznych zajęciach z ratunkowej, "zresetowaniu serca". Wiadomo, rytm sercu nadają głównie specjalne komórki. Prawidłowy rytm pochodzi z węzła zatokowego, ale mogą pochodzić też z innych źródeł, powodując nieprawidłowe - i nieefektywne - skurcze serca, jak migotanie komór. Dawka prądu wyłącza na jakiś czas owe nieprawidłowe źródła, dając szansę węzłowi zatokowemu na podjęcie prawidłowej pracy. Migotanie komór jest jednym z dwóch stanów, w których defibrylację się stosuje, rozpoznaje się je na EKG. Jeśli zatem mamy kompletny brak sygnału i wyładowań w sercu, czyli asystolię, co mamy defibrylować? Owszem, w filmach wygląda fajnie, ale ma tyle samo wspólnego z prawdziwą medycyną, co metody mycia zębów w reklamach past ;).

Tagi: nauka staż
19:11, thekfile , Praca
Link Komentarze (2) »
niedziela, 31 lipca 2011
Będzie się działo!

1. Od jutra czeka mnie ostatni pozaprzychodniowy etap stażu, czyli kursowanie karetkami. Pacjenci z Gdańska - BEWARE!

2. Rodziciel wrócił z urlopu. Zrobiłam mu na jutro obiad (wychodzę z domu ok. 6, wracam ok. 22, nie będę miała żadnej pary na gotowanie), ale od wtorku będzie kombinowanie. Nie znoszę gotować dla kogoś, a dla rodziciela to już w ogóle. Poprzeczka wysoko i tak dalej. Będziemy żyć na zupach i fixach z paczki. Ostatnio nauczyłam się smażyć naleśniki, więc może z głodu nie umrzemy. ;)

3. Jednocześnie nie mogę zbyt intensywnie wykazywać się zdolnościami kulinarnymi. Na mój średnio udany blok czekoladowy rzeczony rodziciel jeszcze się załapał (jestem słodyczożerna, ale zjeść robioną we wtorek porcję czekolady wielkości 1/3 formy keksówki nawet ja nie potrafię), ale muszę uważać na ilość przeprowadzonych eksperymentów kulinarnych, bo jeszcze każą mi piec ciasta na jakieś oficjalne wizyty, brr.

4. Ostatnio pierwszy raz w życiu wygrałam coś w Lotto. Całe 20 zł.

5. Boję się tych karetek... Będę w załodze P, nie R, ale mimo wszystko...

środa, 22 czerwca 2011
Studniówka

Znowu duża część pacjentów nie przyszła... Wymagają szacunku dla swojego czasu, a sami naszego nie szanują.

Z okazji stażowej "studniówki" kupiłam ciasto marcello i w sumie się całe rozeszło (z moją własną pomocą, dobre było).

Na początku mieliśmy trochę zamieszania z pacjentami, ale ostatecznie od ok. 15 była już nuda. Zresztą skorzystała na tym moja asystentka: korzystając z obecności asystentki-stażystki ze szkoły wyleczyłam jej jednego ząbka. Trochę łatwiej się leczy kolegów z pracy niż własnych rodziców, chociaż presja nadal jest. Poza tym, zapisałam się znowu do "kolegi" po fachu (cudzysłów, bo pan doktor jest dobre kilkanaście lat ode mnie starszy), bo mi się guzek zębowy z lekka ukruszył. W ogóle dziwnie wygląda (sprawdzałam dziś, posługując się lampą od unitu, lusterkiem stomatologicznym i takim podręcznym) i ciekawe, co z tego wylezie. Pan doktor znowu na mnie nie zarobi. ;)

Niestety, wredota naszych pacjentów nijak się odbiła na czasie mojego powrotu do domu, bo ostatnia sztuka dzielnie dotarła. Kończyłam u niej leczenie kanałowe, więc chociaż trochę kaski do firmy wpłynęło ;). Swoją drogą, pacjent miał ciekawie rozłożone kanały w górnym trzonowcu: policzkowy, środkowy (żadna perforacja, tylko ujście kanału na środku dna komory) i podniebienny. Zwykle są dwa policzkowe i jeden podniebienny. Taki myk. Nie lubię leczyć kanałowo górnych trzonowców...

W ostatniej chwili przypomniałam sobie o jutrzejszym Dniu Ojca. Autko to fajna rzecz, można z mojej wiochy dostać się w 20 minut do cywilizacji, kupić coś odpowiedniego i niecałą godzinę później już być z powrotem w domu :).

Trochę chaotycznie, bo padnięta dość jestem.

Tagi: staż
20:48, thekfile , Praca
Link Komentarze (4) »
wtorek, 07 czerwca 2011
Kształcąco

Koniec z Izbami. Znaczy z wykładami w Izbie Lekarskiej. Dzisiaj odbyły się dwa, z prawa medycznego i etyki (w piątek było orzecznictwo lekarskie), na końcu obu były oddzielne zalki.

Jak to jest, że zazwyczaj jak wykładowca jest młodszy od pozostałych i w dodatku beznadziejny, odbija to sobie, traktując zaliczenie najpoważniej, z progiem zdawalności 80% (już na zachowawczej było 75% i uważaliśmy to za przesadę)? Dobrze, że nie potraktował tego na tyle poważnie, by nie dać testu bardzo podobnego do wcześniejszych. ;) Mam nadzieję, że zaliczę i będę miała z tym święty spokój.

Próbowałam też załatwić sobie staż na karetkach gdzieś bliżej mnie - jestem leniwa i nie chce mi się jeździć do Gda. Ale po chwili przemyślenia jednak się zapisałam tam, gdzie mają umowę z Urzedem Marszałkowskim. Niniejszym na początku sierpnia: pacjenci - BEWARE! Trzy kursy do Gdańska, dwa razy dyżury dwunastogodzinne i jeden siedmio-, może się w końcu nauczę robić wkłucia.

Nie będzie mnie w pracy w sumie jeszcze miesiąc do końca stażu (łącznie z trzema tygodniami urlopu, który mam zamiar wykorzystać). Ale z punktami na NFZ się wyrabiam (byłam nawet na lekkim plusie w maju, choć pracowałam w sumie przez 9 dni; ale to też dzięki nadwyżce wyrobionej wcześniej), więc w sumie robię swoje... Trudno. Od października już nie będzie takich przerw. I będę mogła pracować sama, choć w sumie z pomocy korzystam rzadko...

Tagi: staż
19:48, thekfile , Praca
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3